Dream Theater „Awake” (1996). Płyta, uznawana za największy klasyk metalu progresywnego, stała się prawdziwą zmorą gatunku. Powód? Wszystkie nowe zespoły zaczęły grać w ten sam sposób, doprowadzając do ogólnej stagnacji w całym środowisku. Niemniej, żadnej z naśladowczyń nie udało się jej przebić. Takie kompozycje jak „Voices”, „The Mirror” i „Space-dye Vest” weszły do kanonu progresywnego rocka. Pain of salvation – „The Perfect Element” (1999). Zespół, który już wcześniej był uznawany za genialny, tą płytą zniósł konkurencję z powierzchni ziemi. Ta płyta stanowiła dowód, że w metalu progresywnym aby stworzyć wielkie dzieło, nie trzeba koniecznie wzorować się na Dream Theater. Dominują tu monumentalne kompozycje, pełne smutku, pięknej liryki i ciężkiego grania, któremu towarzyszy wspaniały wokal Daniela Gindenlowa. Z kolejnymi albumami było już niestety coraz gorzej. Opeth – „Blackwater Park” (2001). Kiedy gwiazda death-metalowej sceny muzycznej zdecydowała się na współpracę ze Stevenem Wilsonem, wielu powątpiewało w sukces wydawnictwa. Dziś stanowi ono klasykę zarówno ostrego metalu, jak i rocka progresywnego. Na tej pełnej wspaniałych instrumentalnych popisów płycie nawet growling wokalisty brzmi progresywnie. W ciężkie, deathmetalowe kompozycje wplecione są rozmarzone, akustyczne wstawki.